Przeczytaj fragment książki "Gruzowisko" - cz. 2

Ze sceny płynęły dźwięki V Koncertu Es-dur Beethovena. Potężne uderzenia dźwięków całej orkiestry, a potem Bereżyński zagrał pierwszy pasaż, z lekkością przebiegając po niemal całej klawiaturze. Dwa szybkie tryle i znowu orkiestra. Ewa starała się słuchać. Wszystko, byle nie myśleć… Niech ją znowu nie najdą wspomnienia tamtego najtragiczniejszego dnia…

Jednak nieposłuszna myśl już szybowała ponad stepami dyszącymi upałem, już zbliżała się do miasta leżącego na płaskim pogórzu nad szeroko i spokojnie rozlewającą się rzeką Iszym. Akmolińsk. Aneczka była już tak osłabiona, że nie mogła stanąć na nóżkach. I Ewa tylko tym się martwiła, tylko to widziała. Nie marzyła już o wydostaniu się z kraju Sowietów z armią Andersa, tylko przypominała sobie widok dzieci maszerujących pod nadzorem opiekunek. Były czyste i syte. Widziała je właśnie tu, w Akmolińsku, zaraz po tym jak konwój wyrzucił ich z wagonów, którymi przyjechali z Polski, i nakazał ładować się na wozy mające zawieźć ich do Żołymbetu. Maszerujące ulicą Akmolińska dzieci wydawały się spokojne i całkiem zadowolone ze swojego losu. Ewa wtedy zapytała o nie jednego z konwojentów, a on jej odpowiedział: dietskij dom. I teraz Ewa uczepiła się tego obrazu jak ostatniej szansy. Nie widziała innego ratunku dla swojego dziecka niż radziecki sierociniec.


Nietrudno było go znaleźć. Mieścił się w obszernym parterowym budynku stojącym niedaleko cerkwi. Ewa weszła do środka, niosąc na rękach Aneczkę. Ogarnął ją chłód i cień, jakie zwykle panują w starych domach. Korytarz, w którym się znalazła, miał czystą drewnianą podłogę i prowadził na przestrzał prosto do otwartych drzwi po drugiej stronie, za nimi zaś widać było rozświetlony słońcem sad. Dochodził stamtąd dziecięcy gwar.


– Kogoś szukacie? – zagadnęła ją starsza kobieta z włosami przewiązanymi chustką i w gospodarskim fartuchu.
Ewa nieco chaotycznie zaczęła opowiadać swoją historię, ale ona nie zamierzała jej słuchać.
– Powinnyście porozmawiać z Nataszą Samojłową – przerwała jej, wskazując drzwi na końcu korytarza.
Pokój, w którym Lerska zastała kierowniczkę domu dziecka, był strasznie zagracony, a z portretu zawieszonego na ścianie, tak jak wszędzie indziej, spoglądał życzliwie uśmiechający się Stalin. Samojłowa była wysoką, kościstą kobietą w nieokreślonym wieku. W jej dużych, ciemnych oczach widać było dobroć, ale na Ewę spoglądała z niechęcią.
– Ja nie mam wolnych miejsc – powiedziała z naciskiem, zanim jeszcze Ewa zdążyła otworzyć usta.
– Ona umrze. – Lerska nie chciała płakać, ale łzy same płynęły jej po policzkach. – Ona już umiera…
– Ja nie mam wolnych miejsc – powtórzyła Samojłowa. Ciężko usiadła na krześle i z zakłopotaniem pocierała czoło. – Zrozumcie… tak wiele dzieci teraz umiera… Mamy wojnę… Ja mogę przyjąć tylko dziecko żołnierki… A i to…
– Ależ tak! Ja właśnie byłam w komendzie uzupełnień i powiedziano mi, żebym tylko zostawiła Aneczkę…
Samojłowa wiedziała, że Ewa kłamie. Współczuła jej i nie miała o to pretensji. Sama w jej sytuacji pewnie postąpiłaby tak samo.
– Tak, idźcie tam, dadzą wam tam stosowną bumagę.
Ewa doceniła dobre serce kierowniczki.
– Czy mogę na ten czas zostawić tu Aneczkę? Ona już nie ma siły…
– I nigdy już nie wrócicie! – W Samojłowej odezwała się podejrzliwość. Matki imały się różnych sposobów, by zostawić u niej swoje dzieci. Niejedno już widziała. Czy ta kobieta była inna? – Zrozumcie – zmieniła ton – jestem ściśle rozliczana, kontrolowana. Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa, nie mogę…
– Ja wiem – szepnęła Ewa zrezygnowana.
– Poczekajcie. – Samojłowa wybiegła z pokoju i za chwilę wróciła z blaszanym kubkiem pełnym mleka. – To dla małej… Jeśli tylko będę miała zaświadczenie, to ją przyjmę.
W komendzie uzupełnień podejrzliwym okiem patrzono na Polaków. Właśnie kraj obiegła wiadomość, że wojsko utworzone przez generała Andersa opuściło Sowiety i schroniło się w Iranie. Jednak nowi żołnierze byli potrzebni. Pod Stalingradem wojska radzieckie i niemieckie zwarły się w śmiertelnym uścisku.
– Batalion kobiecy się dopiero formuje – powiedziano, ale mimo to Ewie udało się zdobyć stosowny papier.

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl