Przeczytaj fragment książki "Gruzowisko" - cz. 3

W kuluarach teatru na Marszałkowskiej osiem powietrze było sine od papierosowego dymu. Mieszał się on z zapachami sałatki jarzynowej, wieprzowej galaretki, cienko pokrojonej kiełbasy, alkoholu i innych specjałów ustawionych na stołach zajmujących większą część korytarza. Ewa z trudem to znosiła.

Było jej niedobrze. Nie chciała tu przychodzić, ale Leon uparł się, by sylwestra spędzić wśród ludzi. Zresztą, gdyby zostali w domu, pewnie siedzieliby i milczeli. Przez nią. Wybierała milczenie, by za wiele nie kłamać. Ciążyło jej jego ciągłe nagabywanie. Co ci jest i co ci jest! I co miała mu odpowiedzieć? Niby taki troskliwy, a teraz gdzieś sobie poszedł i siedziała sama.


Nietypowy to był sylwester. Orkiestra grała w sąsiednim pomieszczeniu, a goście siedzieli przy stołach, stali grupkami na korytarzu i gadali. Działo się wiele. Mówiono o bieszczadzkich walkach z bandami UPA, bo wieści o ich zbrodniach dokonywanych w czasie wojny dopiero teraz się rozpowszechniły. Gdzie indziej entuzjazmowano się pierwszym polskim filmem Zakazane piosenki, który na dniach miał mieć swoją premierę. Wielu muzyków zaangażowało się w jego realizację i w zbieranie ulicznych piosenek śpiewanych w czasie wojny, dlatego ciągle jeździło do Łodzi. Warszawa była zbyt zniszczona, by można było tutaj nakręcić ten film. A jeszcze inni dyskutowali o wyborach do Sejmu Ustawodawczego. Wśród tego rozgardiaszu całkiem często padało nazwisko Panufnika. Wyrażano się o nim z uznaniem, bo wszelkimi siłami walczył o mieszkania dla swoich pracowników. Skutki tego jednak jak na razie były mizerne.


Ewa przysłuchiwała się tym rozmowom i z niecierpliwością zerkała na zegar zawieszony na ścianie. Byle do dwunastej. Potem będzie można zacząć marudzić Leonowi, żeby wrócić do domu. Czuła się kompletnie wyżęta z sił. Mdłości się nasilały, a cisnące się już od paru dni podejrzenia powoli zamieniały się w pewność. Gdzie ten Leon? Dwunasta się zbliża.
– Przywitajmy Nowy Rok! – zawołał wodzirej z entuzjazmem zakropionym już niezłą dawką alkoholu. – Zapraszamy!
Orkiestra już przestała grać. Towarzystwo ruszyło hurmem do sali, po której krążyli kelnerzy z tacami zastawionymi kieliszkami z wódką. Ewa zobaczyła męża. Trzymał w ręku dwa kielonki i rozglądał się. Szukał jej w tym tłumie. Podeszła do niego.
– Dobrze się bawisz, kochanie?
Podał jej szklaneczkę i uśmiechnął się. Chciał ją pocałować, ale zapach wódki spowodował, że wszystko, co zjadła, podeszło jej do gardła. Ledwie zdążyła dobiec do łazienki. Stanęła nad muszlą klozetową wstrząsana torsjami i słyszała, jak goście głośno odliczają ostatnie sekundy mijającego roku.
– Szczęśliwego Nowego Roku! – grzmiał wodzirej, a Ewa ocierała łzy.
Przepłukała usta, chusteczką wytarła rozmazany makijaż i wyszła z łazienki.
– Coś ci zaszkodziło?
Leon stał tuż przy drzwiach toalety i spoglądał na nią z troską.
– Chyba jestem w ciąży.
Uśmiechnął się, jakby się ucieszył. Naprawdę? Na moment poczuła ulgę. Jednak zaraz pomyślała, że to wcale nie zmienia jej sytuacji. Może nawet ją komplikuje.
A on się uśmiechnął, bo wreszcie zrozumiał jej przygnębienie, milczenie, odsuwanie się od niego. Przynajmniej tak mu się wydawało.
– Nic się nie przejmuj, Ewuś, wszystko będzie dobrze. Wszystko już jest dobrze, mamy dach nad głową, jakieś dochody. Może to czas na dziecko? Bóg tak chciał.
Przytuliła się do niego i zaczęła płakać.
– Chodź do domu. Jesteś zmęczona. Zobaczysz, ten rok będzie wyjątkowy. Tak dobrze się zaczął.

 

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl