Przeczytaj fragment książki "Podróże serc" - cz. 3

Poniedziałek Wielkanocny Joanna przebudziła się dość  wcześnie, lecz nie chcąc budzić domowników, położyła się jeszcze na jakiś czas w puchowej pościeli i dumała: kto zastąpił ją w majątku;  czy chłopcy nie przesadzą dziś w oblewaniu panien wodą; czy  któremu nie przyjdzie głupota wrzucić jaką dziewczynę do Bugu;  czy dzieci odważą się przyjść do pałacu z przedstawieniem i czy cień  panny Werner skutecznie ich nie odstraszy?  W pewnym momencie, leżąc tak na łóżku z zamkniętymi oczyma,  Wierzbicka poczuła nagle na głowie chlupot ziemnej wody, zerwała  się i krzyknęła: 

– O Jezu! – Z zamyślenia wyrwała ją nie tylko woda, ale i śmiech  Anielki. 

– Śmigus-dyngus! – krzyknęła dziewczynka i uciekła, zostawiając  na dębowym parkiecie ślady mokrych stóp.  Joanna szybko chwyciła za batystowy szlafrok. Włosy, twarz  i piersi miała całe mokre. Już ona ją nauczy… W eleganckim towarzystwie  starcza sama perfuma czy toaletowa woda, a nie od razu  cała miednica… Ganiając Anielkę po pokoju, Joanna kątem oka  przyuważyła również, jak za oknem, na dworze, służba oblewała się  kubkami, a nieco dalej stajenni rzucali dziewki prosto do koryt –  kilka z nich uciekało z piskiem w stronę Bobrówki.

Niesamowite!  Że też ci ludzie nie mają w niczym umiaru – Joannie przemknęło  przez myśl. Anielka zaś z piskiem biegała bosa po parkiecie, lejąc teraz  Joannę wodą z niewielkiej sikawki. 

– Ty mały huncwocie! – zawołała Wierzbicka.

– Zobaczysz, że  kara cię nie minie! – dodała, chwyciwszy za porcelanowy dzbanek. 

– Dobrze wychowana panienka tak się nie bawi! – Panie ganiały  teraz dookoła stołu i obie śmiały się szczerze, powiększając kałuże  na lśniącym parkiecie. 

– Oj, chyba wszystkie panienki zapomniały tu o dobrym wychowaniu  i niszczą mi podłogę.

– Pan Marcin stanął właśnie na  progu i popatrzył, rzekomo gniewając się, na Anielkę, po czym podbiegł do niej, chwycił ją gwałtownie, niczym żywą lalkę, i dorzucił:  – I dlatego ja mogę zrobić coś takiego!  Plum! – rozległ się po pokoju plusk ciepłej wody wylewającej się  z blaszanej wanny, która czekała już na gruntowną, poranną toaletę  małej: Czarnocki nieco przyspieszył Anielce dzisiejszą kąpiel. 

– Wujaszku, puść! – Anielka krzyknęła już po fakcie, a woda  opłynęła ją aż po szyję.

– Jutro oblejemy ciebie, wujaszku! – zawołała. 

– To poczekajmy z tym do jutra, skarbie, a teraz ty się zajmiesz  poranną toaletą, a ja zajmę się twoją mamusią, bo gotowa nam się  rozchorować.

– Nie zważając na protesty, Czarnocki wziął Joannę  w ramiona i udał się do drugiej sypialni. Szedł możliwie najszybciej,  by nie czuć ciepła i drżenia jej miękkiego, przyjemnie krągłego  ciała… Ta zaś nie wierzyła, że się przeziębi, przez ogarniające ją fale  gorąca i dziwne dreszcze. 

– Tyle dyngusa starczy – oznajmił Marcin i pocałował Joannę  tak, jak nigdy dotąd…  Tymczasem przedłużająca się toaleta Anielki opóźniła śniadanie,  które złączyło się z obiadem, przechodząc jednocześnie w podwieczorek  i kolację. Przez cały ten czas panie nieustannie odczuwały  kołatanie serca: Anielka i pani Celestyna – z powodu wierszyków  i śpiewów odwiedzających pałac dzieci; Frau Werner – przez wtargnięcie  do pałacu wiejskich brudasów z traczykami i barankami,  a nawet z żywym spojonym kogutem; panna Wanda – na myśl  o fiołkowej flaszy, wypryskanej na jej suknię przez pana Gawryłowicza;  a Joanna – na wspomnienie porannych wydarzeń, które  według niej nie przystawały szlachcie. Kto to widział, żeby rzucać  dziewczynkę w ubraniu do wanny! Już ja mu pokażę!  I pokazała: przy śniadaniu na głowie Marcina wylądowała cała  zawartość herbacianego imbryka. Zdążysz się pan przebrać.

Gospodarza na urodzaj też oblać  należy – stwierdziła.  – I dobrze. Tradycji stało się zadość – Czarnocki uśmiechnął się  szeroko, wstając od stołu: przydała mu się taka ochłoda na gorące  myśli, od których ostatnimi czasy płonął. 

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl