Telefonistka z ulicy Próżnej

TELEFONISTKA Z ULICY PRÓŻNEJ - nowość Weroniki Wierzchowskiej

8 kwietnia nakładem Wydawnictwa Szara Godzina ukaże się nowa powieść Weroniki Wierzchowskiej – „Telefonistka z ulicy Próżnej”. Tym razem autorka przenosi czytelnika do Warszawy końca XIX wieku.

Bohaterką powieści jest pewna Hanka o urodzie idealnie telefonicznej, co może i przydaje się w zawodzie telefonistki, ale w życiu prywatnym niespecjalnie.

Młoda kobieta nie ekscytuje się ani wynalazkami, które zmieniają codzienne życie mieszkańców XIX-wiecznej Warszawy, ani wywrotowymi ideami. Ma większe problemy na głowie. Na przykład przygniata ją nuda codzienności i… szklany sufit, którego nie przebiją najcieńsze obcasy. Na co bowiem może liczyć młoda, pochodząca z robotniczej rodziny kobieta prócz nudnej pracy telefonistki i zimnej kawalerki?

Podsłuchana w chwili słabości rozmowa zmienia uporządkowany świat Hanki, która poznając bogatą rodzinę arystokratów, wpada w sam środek niebezpiecznej intrygi. Ta znajomość może kosztować ją nie tylko wolność, ale nawet życie. Świat władzy i pieniędzy nie jest bowiem miejscem dla szarej myszki, chyba że biedna i nic nieznacząca telefonistka ma gotowe na wszystko przyjaciółki!

W powieści „Telefonistka z ulicy Próżnej” czytelnik znajdzie romans (mało romantyczny), wątek sensacyjny (z zaskakującą puentą), a także świetne opisy życia wyższych i niższych sfer Warszawy. Będzie o feminizmie, psychoanalizie i narkotykach zażywanych nie tylko dla poprawy elokwencji.

„Telefonistka z ulicy Próżnej” to kolejna po „Służącej” i Po nowe życie” powieść Weroniki Wierzchowskiej w portfolio Szarej Godziny.

 

FRAGMENTY

I
– Z chęcią się z panią spotkam niezależnie od stopnia pani urody. Szukam kobiety, która jest odważna i pragnie nowych wyzwań. Potrzebuję jej do badań naukowych powiązanych z elektrycznością, którą się zawodowo zajmuję – powiedział.
Zmieszała się i poczuła trudny do sprecyzowania niepokój.
– Z jakim numerem pana połączyć? – spytała, by uciąć tę niewygodną wymianę zdań. – Pana rozmówca być może czeka na połączenie, a ja muszę obsługiwać kolejne rozmowy.
– Z sześćset sześć, poproszę – odparł. – Dzwoni doktor Iks.
Uniosła brew, hamując się przed skomentowaniem tego pseudonimu.
– Proszę czekać, będzie rozmowa – rzuciła zwyczajową formułkę.
– Dziękuję, ja…
Wyciągnęła wtyczkę, nie czekając na koniec wypowiedzi. Już nie miała nawet najmniejszej ochoty na flirty z tym panem. Wetknęła wtyczkę w otwór opisany żądanym numerem i zakręciła korbką. Teraz u abonenta powinien zadzwonić aparat i postawić na nogi całe domostwo. Spodziewała się, że chwilę potrwa, nim ktoś odbierze, ale rozmówca podniósł słuchawkę niemal natychmiast.
– Tak? – usłyszała nieprzyjemne szczeknięcie.
Zameldowała, że łączy z doktorem Iksem, nie usłyszała jednak żadnych podziękowań ani nawet potwierdzenia, że warczący abonent chce rozmawiać. Zrealizowała połączenie i wypięła swoją słuchawkę. Teraz pozostało jej czekać, aż konwersacja się zakończy, co zasygnalizuje brzęknięcie dzwoneczka. Spojrzała na niego ponaglająco, ale milczał jak zaklęty. Płynęły minuty, a zegar naliczał czas rozmowy, który Hanna notowała w zeszycie po jej zakończeniu. Na tej podstawie księgowi obliczali abonentom opłaty.
Przez pierwsze tygodnie pracy w centrali była zachwycona tym systemem i jego sprawnością, czuła się odpowiedzialna i ważna. Potem doszła do wniosku, że jest tylko nic nieznaczącym trybikiem w telekomunikacyjnej maszynie, takim samym jak szwaczka w wielkiej, nowoczesnej szwalni. Robiła zatem, co do niej należało, ale już bez entuzjazmu, mechanicznie niczym robotnik w fabryce.
– O czym tak gadasz, doktorze Iksie, w środku nocy? – zastanawiała się, po czym ziewnęła rozdzierająco.
Mały diabełek gdzieś w środku jej głowy zaczął szeptać, by delikatnie uniosła słuchawkę i przyłożyła do niej ucho. Skandalicznie złamałaby regulamin i dyrektor wyrwałby sobie włosy z głowy, gdyby się o tym dowiedział, a potem wyrzucił Hankę z pracy na zbity pysk, na bruk. I to z wilczym biletem, przynajmniej w telekomunikacji. Etyka zawodu była dla niego bardzo ważna, co nie raz podkreślał. Hania z kolei była uczciwą, szczerą dziewczyną, która brzydziła się podsłuchiwaniem. Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, nie w normalnych warunkach, w zwykłym, codziennym życiu. Jednak tej nocy straszliwie się jej nudziło.
Uniosła słuchawkę delikatnie, trzymając ją końcówkami palców i zagryzając przy tym język, jakby była saperem rozbrajającym bombę. Wiedziała, że szanse, iż abonenci się zorientują, są znikome. W telefonach czasem tak trzeszczało i szumiało, że nic nie było słychać, ale mimo to czuła palący niepokój i strach, jakby rozmawiający znajdowali się tuż obok i mogli spostrzec jej zbrodnię.

 

II
Zajęli stolik przy oknie, na samym końcu sali, przy czym dziennikarz siadł tak, by widzieć całą cukiernię i mieć oko na wchodzących i wychodzących. Oświadczył, że to konieczne w jego zawodzie, może bowiem trafić się jakieś ciekawe wydarzenie warte opisania lub może pojawić się znajomy informator. Hanka, siedząc tyłem do sali, widziała tylko przystojniaka i powoli tonęła w jego jasnych oczach. Czuła, jak od tych spojrzeń i uśmieszków topnieje i mięknie.
Pismak okazał się prawdziwym zawodowcem, potrafił wyciągnąć z rozmówcy więcej niż śledczy z Pawiaka i to zupełnie go nie strasząc, a wręcz przeciwnie, okazując troskę i zainteresowanie. Może i udawane, ale udawane tak wdzięcznie, że każda kobieta by uległa. Nie wiadomo nawet kiedy, będąc raptem w połowie pierwszej filiżanki gorącej czekolady, panna Kabała zaczęła robić się co raz bardziej wylewna.
– Pyta pan, czemu się w to zaangażowałam? Czemu ryzykowałam życie, chcąc ocalić nieznajomą? – Pokręciła głową. – Powinnam powiedzieć, że z przyzwoitości, bo tak trzeba, nie wolno przejść obojętnie, gdy komuś może stać się krzywda. Prawda jest taka, że wpakowałam się w tę kabałę przez nadmierną ciekawość wywołaną brakiem celu w życiu i poczuciem ogólnego bezsensu. Ostatnio dręczyły mnie myśli, że tylko wegetuję i niczego nie doświadczam, niczego prawdziwego nie przeżywam. W dodatku poznałam Zochę, która jeszcze szerzej otworzyła mi oczy. To niezwykła kobieta, emancypantka, wyzwolona, niezależna, bezczelna i wyniosła. Byłam nią zafascynowana, właściwie ciągle jestem. Żeby pan widział, jak wpadła do mieszkania Siergieja zupełnie bez lęku. Ja się czaiłam na schodach i sama nie odważyłabym się nawet zajrzeć do środka… A właśnie, skąd pan właściwie wie o tym, co zaszło?
– Mam na imię Jerzy. Nie wydaje się pani, że wygodniej byłoby rozmawiać, gdybyśmy przeszli na ty? – Uśmiechnął się tak, że przeszły ją ciarki.
– Nie – rzuciła ostro, choć tak naprawdę miała ochotę nie tylko mówić do niego per Jureczku, ale do tego siedzieć mu na kolanach.
Parsknął śmiechem i zaproponował, by jeszcze coś wybrała, na przykład kawę lub ciasto nasączone koniakiem.
– Wolałabym koniak w czystej postaci – odparła.
Co prawda koniak próbowała raz w życiu, na imieninach ciotki, i zasadniczo nie praktykowała pijania mocnych alkoholi, ale stwierdziła, że skoro już udaje doświadczoną i pewną siebie kobietę, to spróbuje być taka jak Zocha. Zadziorna, niepokorna, wkurzająca wszystkich dokoła. Będzie paliła i piła, bo tak robiły emancypantki naśladujące mężczyzn, a właściwie przywłaszczające sobie ich rozrywki.
Po paru chwilach trzymała w dłoni bulwiasty kieliszek koniakowy i kołysała złocistą ciecz. Wiedziała, że tak trzeba robić, by podgrzać zawartość własnym ciepłem, od którego uwolni się bukiet. Powinna następnie ów bukiet powąchać, a potem upić niewielki łyk. Nie była jednak aż takim koneserem i szybko wychyliła połowę zawartości naczynia. Czuła, jak trunek grzeje jej przełyk i gryzie w nienawykłe gardło. W pierwszej chwili zrobiło się jej niedobrze, smak tego rarytasu był okropny i kojarzył się z lekarstwem. Dopiero gdy w żyłach zadudnił alkohol, zrobiło się jej miło.
– Wyjawi mi pan, skąd tyle o nas wie, nie zasłaniając się tajemnicą dziennikarską? – dociekała.
Zanim zaczął mówić, też upił łyk z kieliszka, bo dla siebie zamówił to samo co dla Hanny.


III
W końcu znalazła się sama w toalecie, odprawiła dziewczynę i zamknęła drzwi. Na wdechu rozejrzała się po pomieszczeniu o podłodze i ścianach z białego marmuru poprzecinanego różowymi żyłkami. Jedną ze ścian stanowiło ogromne lustro. Telefonistka na chwilę zamarła, rozglądając się niepewnie, bo nie wiedziała, gdzie kończy się odbicie, a zaczyna prawdziwa łazienka. Załatwiła się w sedesie, którego podstawę stanowiły łapy lwa, na szczęście z żeliwa, a nie prawdziwe, i opłukała ręce w umywalce, patrząc na fikuśne krany i wygięty fantazyjnie syfon. Kiedy podniosła spojrzenie, prócz swojego odbicia w wielkim zwierciadle ujrzała stojącą tuż za plecami upiorzycę.
– Jezu – jęknęła i spazmatycznie zaczerpnęła powietrze, po czym obróciła się na pięcie.
Upiór nadal tam stał, kilka kroków przed nią. Pojawił się znikąd, w całkowitej ciszy i teraz tkwił bez ruchu. Był to duch młodej kobiety o białej, półprzezroczystej skórze, a do tego bladych, rybich oczach, pozbawionych emocji i zimnych. W czarnej, powłóczystej szacie, z długimi, prostymi włosami, również czarnymi, upiorzyca wyglądała, jakby dopiero wstała z grobu.
Hanka poczuła, że serce tłucze się jej w piersi, a usta wypełnia metaliczny posmak. Nie wrzasnęła tylko dlatego, że ze strachu ją zatkało. Chyba przygryzła sobie wargę z przerażenia, to dlatego poczuła metaliczny smak krwi. Zamrugała szybko, ale duch nie znikał.
– Wystraszyłaś się? – spytała mara i uśmiechnęła się, odsłaniając drobne, białe ząbki. – Wybacz, to taka moja drobna słabość. Nie mam wiele radości w życiu, a widok wytrzeszczonych ze strachu oczu, wrzaski przerażenia i tym podobne nieodmiennie mnie bawią. Niestety ostatnio przyjmujemy mało gości, podobno kiedy mama żyła, było inaczej. W pałacu roiło się od różnych interesantów i kwestorów, bo rodzicielka prowadziła intensywnie działalność dobroczynną, ale ja tego właściwie nie pamiętam, byłam za mała. Papy ludzie nie interesują, tylko te jego fabryki i polowania. Ble.
Upiorzyca głos miała niski i miękki, dziwnie kojący, a nawet uspokajający. Hanna opanowała się i odetchnęła, wypierając strach.
– Mam przyjemność z Anną Julią? – zgadła. – Jestem Hanna Kabała.
Wyciągnęła rękę, ale córka Ludwika Hersa zignorowała ten gest. Nadal się jednak uśmiechała, co zaczynało robić się niepokojące. Patrzyła na gościa nieruchomym, rybim wzrokiem, który nie korespondował z uśmiechem. Hanka czuła się przez to coraz bardziej nieswojo, jakby rozmawiała z porcelanową lalką, a nie z prawdziwym człowiekiem.
– Zawsze wchodzi panna gościom do toalety? – spytała.
– Tylko tym ciekawszym, co bardziej obiecującym. Nie wliczają się do tego grona mężczyźni, bo papa miałby pretensję.
– Nie słyszałam otwierania drzwi ani kroków.
– Zawiasy są dobrze naoliwione, a ja jestem boso. – Wskazała na swoją czarną suknię, która sięgała samej ziemi i zasłaniała nogi. – W jakim charakterze nas odwiedzasz? Czym się zajmujesz?
Hanna już miała odpowiedzieć, że jest sekretarką dziennikarza zajmującego się przemysłem i ekonomią, ale nie wiadomo dlaczego ta chora i dziwaczna dziewczyna ją zaintrygowała i zaciekawiła. Gówniara miała czelność zwracać się do dużo starszej nieznajomej per ty, co i tak było niczym, biorąc pod uwagę fakt, że dopiero co próbowała wystraszyć ją w ubikacji.
– Jestem telefonistką – odparła szczerze. – I kochanką pismaka, który magluje twojego papę. – Kochanką, a nie żoną, hm… To musi być ekscytujące. Chodzi¬cie razem do łóżka, a potem on toczy kawalerski żywot lub wraca do żony, a ty musisz się martwić, czy nie zaszłaś w ciążę. – Anna Ju¬lia podeszła do niej bardzo blisko.
Hanna dojrzała żyłki na jej chorobliwie bladej skórze. Niemal bia¬łe oczy okazały się z bliska jasnoniebieskie, już nie tak bardzo upiorne.
– Mniej więcej do tego się to sprowadza. Dlatego postanowiłam zakończyć ten związek, dla mnie jest zbyt mało ekscytujący.

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl