Wywiad z Wiolettą Piasecką z okazji zbliżającej się premiery "Bez planu B"

20 kwietnia ukaże się nowa powieść Wioletty Piaseckiej pod tytułem "Bez planu B". Z tej okazji rozmawiamy z autorką o książce, o pisaniu i życiu.

Pani najnowsza książka nosi tytuł "Bez planu B". A czy Pani ma zawsze plan B, czy też daje się nieść życiu?

Bywa różnie. W życiu osobistym absolutnie niczego nie planuję, bo mogłabym usłyszeć niezgorszy chichot losu. Natomiast w życiu zawodowym bardziej niż na plany, stawiam na marzenia. Od czasu do czasu badam też, czy z tymi marzeniami idę w dobrym kierunku. Obmyślam, jak mogę moje plany-marzenia urzeczywistnić. Od wielu lat chodziło za mną marzenie, by odejść od literatury dziecięcej, z którą byłam związana przez piętnaście lat, i zacząć pisać dla dorosłych.

Nigdy nie było odpowiedniego momentu, no bo jak go znaleźć w ferworze spotkań autorskich i zleceń od wydawcy na konkretne tytuły. I nie tylko zresztą od wydawcy, ale również od teatrów, dla których pisałam bardzo dużo scenariuszy, oczywiście dla dzieci.  Nakreśliłam sobie w wyobraźni luźny zarys, można go nawet na siłę nazwać planem B. Po pierwsze, ku zgrozie niemal wszystkich bibliotek w Polsce i czytelników, pożegnałam się z wizerunkiem wróżki, z którym byłam utożsamiana. Poszłam również na kurs dla zaawansowanych pisarzy, bo pragnęłam pozbyć się naleciałości dziecięcego języka, oraz  nauczyć pisać tak, by trzymać czytelnika w napięciu, i by czytelnik– jeśli już weźmie w rękę moją książkę – nie odłożył jej, póki nie przeczyta do ostatniej strony.

Dalej pisałam dla dzieci, dalej spotykałam się z czytelnikami, a tych spotkań, bagatela, przed pandemią było co roku koło dwustu. A jednak zrealizowałam ten niegdyś zarysowany plan-marzenie co do joty. A teraz okazuje się, że plan B, czyli książki dla dorosłych, stał się dla mnie radością i planem na życie.

Życie pisze najlepsze scenariusze?

O tak, czasami lepsze, niż najśmielsze marzenia. W ubiegłym roku, tuż przed wybuchem pandemii, gdy przez media przetaczało się hasło zostań w domu,  los przyniósł mi w darze fantastyczną niespodziankę, a mianowicie mąż objął nowe leśnictwo i akurat w pierwszy dzień lockdownu przeprowadziliśmy się do uroczej leśniczówki. Pamiętam tamto uczucie, gdy pustymi ulicami niemal z całym dobytkiem opuszczaliśmy wyludnione miasto. W dodatku osiedle, na którym mieszkaliśmy, przechodziło termomodernizację i firma budowlana dzień wcześniej postawiła rusztowanie i czarną folią zasłoniła okna. Czułam się szczęściarą, jakby nagle ktoś wyrwał mnie z Matriksa, a jednocześnie współczułam tym, którzy musieli zostać w czterech ścianach blokowiska. W lesie zrozumiałam, czym jest smak wolności, nauczyłam się też pokory do świata i do wszystkiego, co żyje.

Bohaterki "Bez planu B" żyją według własnych scenariuszy. Dopiero dramatyczne sytuacje zmuszają je do refleksji i do zmiany...

To prawda. Często tak jest, że pędzimy za karierą, pieniędzmi, zajęciami dzieci i całą masą bardziej lub mniej istotnych spraw, mając z tyłu głowy przekonanie, że naprawdę żyć zaczniemy już za chwilę, od jutra, od poniedziałku, od nowego roku. Tylko że to jutro, czy poniedziałek mogą w ogóle nie nadejść, albo nadejdą, ale my nie będziemy mieli zdrowia lub chęci, by cieszyć się życiem. Dopiero gdy los nagle wyrzuci nas z siodła, czasami – nie zawsze - udaje się nam zrozumieć, że to, za czym pędziliśmy, zaniedbując swoje ja, swoje pasje i marzenia, wcale nie było tak istotne i warte naszego czasu. Ja również późno nauczyłam się żyć tu i teraz. Właściwie dopiero nauczył mnie tego ostatni rok, rok spędzony w lesie.

Ewa i Renata stają przed wyborami, które są bliskie współczesnym kobietom?

Myślę, że tak. W końcu zaserwowałam w powieści i biurowy romans, i zdradę, i konflikt na płaszczyźnie nadgorliwa teściowa - niewdzięczna synowa, ale też korporacyjne przepychanki, podkopywanie autorytetów, szefa o co najmniej dwuznacznej moralności, czy utratę pracy. Kłopoty osłodziłam miłością, podróżami i niespodziewanymi zwrotami akcji. Przede wszystkim jednak dałam czytelnikom to, co lubią najbardziej: napięcie i emocje, dzięki którym – gwarantuję – nie oderwiecie się od czytania.

W opiniach o książce Bez planu B, ale również o tej pierwszej, Przyjdzie pogoda na miłość, czytelniczki piszą, że poruszam bardzo realne problemy. Problemy, z którymi muszą zmagać się na co dzień. Pisanie, według mnie, to przede wszystkim dociekanie dlaczego postać tak, a nie inaczej postąpiła, a także szukanie rozwiązań, by czytelnicy oprócz dobrej rozrywki, mogli również znaleźć receptę na kłopoty, a może i odmienić swój los.

Można więc powiedzieć, że pisze Pani o współczesnych kobietach dla współczesnych kobiet...

W moich powieściach nie ma i raczej nie będzie ani księżniczki, ani księcia z bajki. Nikt też nie wygra w totolotka, ani nie dostanie gwiazdki z nieba. Bohaterki muszą radzić sobie same, lepiej lub gorzej, jak to w życiu. Natomiast marzę, by czytelnik odkładając książkę myślał: mnie też się uda, jestem silna, potrafię, zrobię to, nie poddam się. Wystarczy uwierzyć w sprawczą moc wyobraźni, znaleźć w sobie odwagę i działać.

Koncentruje się Pani na kobiecych emocjach. Może więc książkę przeczytać powinni mężczyźni, by lepiej zrozumieć swoje partnerki?

Z pewnością! Po przeczytaniu jej, dowiedzieliby się o nas ciekawych rzeczy. Chociaż nie wiem, czy byłoby to dobre dla nas, kobiet, bo odsłaniam w powieści różne nasze kobiece słabostki i  sztuczki, by bezboleśnie wymusić na partnerze to czy tamto. To oczywiście żart, ale wiem, że i panowie czytali tę książkę z zapartym tchem. Podczas moich spotkań na żywo, które prowadzę w mediach społecznościowych są zarówno panie jak i panowie.

"Bez planu B" to Pani druga powieść obyczajowa. Pierwsza - "Przyjdzie pogoda na miłość" - ukazała się jesienią zeszłego roku. Wiąże się z nią cała historia...

Pomysł na książkę zrodził się podczas spotkania towarzyskiego. Ktoś ze znajomych opowiadał, że przekupił córkę, by ta porzuciła dotychczasowego narzeczonego z uwagi na dysproporcję w statusie materialnym, nota bene dobrego chłopaka. Zdziwiłam się, że w dwudziestym pierwszym wieku, rodzice imają się takich manipulacji. Zaświtała mi myśl, by napisać o tym powieść. Tak jak wcześniej mówiłam, miałam ogrom spotkań autorskich, ale pisanie tej powieści odprężało mnie i sprawiało niewiarygodną przyjemność. Można więc powiedzieć, że historia zdarzyła się naprawdę.

Historia Bez planu B też jest ciekawa. Bliska osoba z rodziny pracująca w korporacji, zwierzyła mi się, że prawdopodobnie straci pracę. Przełożony użył zwrotu: „Macie plan B? Jeśli nie macie, to szkoda, bo wszyscy idziecie na zieloną trawkę”. Odłożyłam telefon i natychmiast rozpisałam fabułę. Do zwolnień na szczęście wtedy nie doszło, ale u mnie w powieści, owszem.

Książkę pokochały czytelniczki?

Bardzo. Powieść doszła do czternastego miejsca w rankingu empik, ma bardzo wysokie noty, a ja dostawałam setki wiadomości na Messengerze od zachwyconych czytelniczek. W dobie mediów społecznościowych kontakt z autorem jest bardzo łatwy, ale jednak trzeba zadać sobie trud. Ten trud zadajemy sobie tylko wtedy, gdy szczególnie nas coś poruszy. Wiadomości było tak dużo, że telefon bez przerwy piszczał. Do dzisiaj wyciszam go na noc. W pewnym momencie miałam wrażenie, że wszyscy czytają moją powieść. Mało tego, Internet zaroił się od grafik z powieścią Przyjdzie pogoda na miłość, zamieszczanych również w komentarzach pod moimi postami i relacjami na żywo. Co tydzień prowadziłam i nadal prowadzę na moim fanpage`u relacje live. Cieszą się sporą oglądalnością. Na każdym ze spotkań autorskich, które odbyły się w bibliotekach tuż po premierze, wśród czytelników zawsze była choć jedna osoba właśnie z tej relacji live. To cieszy.

Wykonała Pani salto w swoim pisarskim życiu. Zadebiutowała Pani w segmencie książek dla dorosłych, mając w portfolio kilkadziesiąt książek dla dzieci, z których wiele plasowało się na liście bestsellerów. Jak zareagowali Pani czytelnicy?

Książek dla dzieci i młodzieży napisałam tak dużo, że czytelnicy mają co czytać. Ci pierwsi zresztą, są szczęśliwi, że znowu jest coś dla nich, w końcu mają już grubo ponad dwadzieścia lat. Przyznam jednak, że książki dla dorosłych pisze mi się z większą swobodą. Wbrew pozorom napisanie czterystustronicowej powieści zajmuje tyle samo czasu, ile krótszej formy dla dzieci, ponieważ w książkach dla dzieci należy uważać na każde słowo, traktować dziecko z należytą atencją, nie skrzywdzić go, nie pozostawić samego z problemem zbyt dużego kalibru i jednocześnie przedstawić historię tak, by młodego czytelnika zachęcić nie tylko do mojej książki, ale do czytelnictwa w ogóle. Odbierałam kiedyś nagrodę za najlepszą książkę dla dzieci podczas Targów Książki w Kościerzynie. Pani dyrektor biblioteki wręczając mi statuetkę, powiedziała, że z wielką radością wręcza tę nagrodę, bo dzięki moim książkom w całym powiecie kościerskim wzrosło czytelnictwo. Te słowa były dla mnie najcenniejszą nagrodą, dużo cenniejszą, niż statuetka, którą odbierałam.

Porzuciła Pani pisanie bajek?

Akurat w styczniu tego roku zakończyłam wieloletni kontrakt z wydawnictwem literatury dziecięcej. Nie mam teraz czasu na szukanie nowego wydawcy. Zresztą pandemia zweryfikowała trochę rynek książki. Zatem w najbliższej przyszłości, niestety, nie planuję pisania dla dzieci. Chociaż, los bywa przewrotny, może wydawca sam się znajdzie, zobaczymy. Wróciły do mnie prawa autorskie do czterdziestu bajek, a wkrótce, już za kilka miesięcy przyjdzie na świat moje pierwsze wnusio, jeszcze nie znam płci, bo to za wcześnie. Kto wie, może dzięki temu maleństwu od czasu do czasu zajrzę do świata krasnoludków i dobrych wróżek.

A jak się zaczęła Pani przygoda z literaturą. Na pytanie dorosłych "Kim chciałabyś zostać", odpowiadała Pani: pisarką? 

Odpowiadałam zawsze, że chcę być nauczycielką języka polskiego. Już w dzieciństwie bardzo dużo czytałam, ale pisarz w moich myślach otoczony był nimbem boskiego geniuszu. Nie miałam takich aspiracji. W szkole podstawowej pisałam pamiętnik, umieszczałam w nim tylko dobre i grzeczne wydarzenia, na wypadek gdyby rodzice dorwali go w swoje ręce. Nie miałam jeszcze wtedy tej cudownej życiowej odwagi, by przyznawać się do błędów i porażek. W ostatnich klasach podstawówki nauczycielka z języka polskiego do tego stopnia zachwycała się moimi wypracowaniami, że czytała niektóre podczas szkolnego apelu. Przeżywałam gehennę nieśmiałości, więc nie wspominam tego najlepiej, ale tamte wydarzenia pozwoliły mi uwierzyć w mój pisarski talent, przynajmniej na jakiś czas, bo na moim koncie porażek nie brakuje, jak zresztą na koncie każdego, kto porwał się na realizację marzeń obojętnie w jakiej dziedzinie. Porażki sprawiają, że – najpierw popsioczę, popłaczę i powyrzekam na podły los – ale jednak tylko porażki pozwalają się rozwijać, a sukces? No cóż jest miły, nawet bardzo miły, ale tak naprawdę nie uczy nas niczego.

Doszły mnie słuchy, że Pani pasją jest śpiew...

Ku zgrozie mojego męża i mojego psa wypoczęłam w lesie na tyle, że obudziła się we mnie nieodparta ochota na… śpiewanie. Śpiewam w kuchni, pod prysznicem, w ogródku, właściwie wszędzie. Nie mówię, że umiem, ale przyznam, że lubię. Nie wiem też, skąd się to bierze. Ja po prostu naprawdę lubię śpiewać. W dodatku, mam bardzo dobrą pamięć i jak się okazało znam słowa chyba wszystkich polskich piosenek, no może oprócz disco polo. Ostatnio zaskoczyłam mamę, bo zaśpiewałam jej piosenkę, którą mama śpiewała nam do snu, gdy byliśmy dziećmi. Chyba rzeczywiście odpoczęłam i przestałam się zamartwiać o wszystko, jak to miałam w zwyczaju, mieszkając w mieście.

Jak to jest mieć gabinet w leśniczówce?

WSPANIALE! Dotychczas nie miałam w ogóle swojego pokoju. Pisałam w kuchni, czy w salonie z zatyczkami w uszach, albo w pokoju syna, gdy ten wyjechał na studia. Zatem ucieszyłby mnie każdy pokój z przeznaczeniem na pisarskie biuro, nawet klitka. A tu nagle los dał mi gabinet prawie trzydzieści metrów z widokiem na sosnowy las. W dodatku mąż zimą, i do tej pory zresztą, dokarmia sikorki, rozsypuje im ziarna i wiesza słoninkę na wprost mojego okna, więc gdy podnoszę wzrok znak klawiatury, czuję się jak w bajce.

Ale wcześniej mieszkała Pani w Elblągu, a za studenckich czasów  w Olsztynie i Gdańsku, tak?

Od urodzenia aż do ubiegłego roku mieszkałam w Elblągu. Natomiast moja Alma Mater to Uniwersytet Gdański. Gdańsk jest tłem powieści Bez planu B.  Pokochałam to miasto podczas studiów, a dziś jeszcze bardziej, bo w Gdańsku mieszkają syn i synowa. Być może nawet w przyszłości, gdy mąż przejdzie na emeryturę, przeprowadzimy się do Gdańska. Nie robię jednak dalekosiężnych planów, bo plany swoje, a życie swoje. Natomiast nigdy nie mieszkałam w Olsztynie. Na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim robiłam tylko podyplomówkę. Znam i bardzo lubię Olsztyn. Od lat współpracuję z Polskim Radiem Olsztyn i bywam w tym mieście dość często.

W tym roku ukaże się jeszcze jedna Pani książka. Co to będzie za historia?

W tym roku ukażą się jeszcze dwie moje książki. Druga część powieści Przyjdzie pogoda na miłość. A tuż po świętach zabieram się za pisanie odlotowej historii. Gdy o niej mówię podczas środowych relacji live, używam zwrotu „powieść, której tytułu nie zdradzę”. Tytuł jest tak świetny, że boję się, by mi go ktoś najzwyczajniej w świecie nie świsnął. To będzie zupełnie coś innego, niż dotychczas, ale myślę, że bardzo przypadnie do gustu czytelniczkom. Drogie kobietki, podsuńcie tę książkę swoim partnerom, bowiem było takie zdarzenie: gdy przyszedł mi pomysł na tę powieść, zadzwoniłam do mamy i streściłam jej przez telefon całą fabułę, mąż siłą rzeczy również słyszał tę naszą rozmowę i od tamtego czasu raz w tygodniu wraca z zakupów z kwiatami, z dyskontu, bo z dyskontu, ale jednak. Zatem nie będzie to tylko świetna powieść, ale mam nadzieję, że również edukacja na udany związek. Premiera jeszcze tej jesieni, a do premiery, polecam Bez planu B oraz Przyjdzie pogoda na miłość i drugą część, która ukaże się w wakacje pt. Przyjdzie pogoda na szczęście.

Dziękuję za rozmowę
Magda Kaczyńska

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl