Rozmowa z Katarzyną Kielecką z okazji zbliżającej się premiery "Znajdy" - już 30 sierpnia

Książka rozgrywa się w dwóch przedziałach czasowych – w okresie wojny i współcześnie. Skąd pomysł, by sięgnąć do tematyki wojennej? 

Ta tematyka od zawsze mi towarzyszyła. Wyrastałam na opowieściach z czasów wojny, które godzinami snuła moja prababcia. Czasem bywały zabawne, innym razem groźne, sięgały do rodzinnych doświadczeń z polskiego podziemia i do zwyczajnych, codziennych spraw. Chłonęłam je zamiast bajek i w naturalny sposób przeniosły się na moje zainteresowanie historią. Lubię zderzać przeszłość ze współczesnością. Czas okupacji pojawił się już w moich powieściach „Pod tym samym niebem” i „Na tej samej ziemi” i kusiło mnie, by powtórzyć to w szerszym wymiarze, tak, by historyczna warstwa powieści grała pierwsze skrzypce i stąd „Znajda”.

Innymi słowy ta książka chciała być napisana…

Zdecydowanie tak. Wiele jej scen żyło we mnie od lat. Na przykład do dziś noszę w sobie ogromne emocje, jakich doświadczyłam jeszcze w szkole podstawowej, gdy wybraliśmy się z klasą pod pomnik Martyrologii Dzieci (tzw. Pęknięte Serce) do parku im. Szarych Szeregów w Łodzi. Nauczyciel opowiadał nam o obozie przy Przemysłowej. Wróciłam do domu z myślą, że obowiązkiem kolejnych pokoleń jest czytać o tym i przekazywać tę wiedzę, by nie skazać tamtych dzieci na zapomnienie. W fabule wykorzystałam to wspomnienie, wysyłając bohaterkę pod ten pomnik. To jeden z wielu detali w „Znajdzie”, który zaistniał dlatego, że kiedyś coś bardzo mnie poruszyło i nie dawało o sobie zapomnieć.

Wojna w Pani książce jest opisana oczami dzieci. Wynika to z Pani zainteresowań czy przekonania, że głos dziecięcych świadków wojennych okropieństw trzeba utrwalić, bo wkrótce zamilkną?

W moich książkach chętnie obsadzam dzieci w znaczących, jeśli nie głównych, rolach. Bardzo lubię patrzeć na świat ich oczami. Na tle wielkich wydarzeń historycznych najmłodsi często są pomijani, jakby nie istnieli lub wypełniali wyłącznie tło. A przecież za każdym z nich stoi opowieść i nierzadko dramat. Wojna dla każdego dziecka oznaczała wyrwę w dzieciństwie. Oczywiście nie zawsze taką samą, cierpienie, niedostatek czy strach nie mają jednej miary, ale to są straty nie do nadrobienia, zwłaszcza że trwały latami, a czasem nie kończyły się nigdy. Obecnie mamy okazję słuchać ostatnich opowieści świadków tamtych wydarzeń. Tym bardziej powinniśmy nadstawiać ucha, bo wkrótce te glosy ucichną.

Kiedy czytałam książkę, nasunęły mi się trzy refleksje. Po pierwsze – dając głos Lolkowi, Krysi, Mirce, Tadziowi, Olusiowi, dała Pan głos całemu pokoleniu. Wielu ocalałych nigdy i nikomu nie opowiadało o swoich przeżyciach…

Mamy tam jeszcze Julka, który z perspektywy maluchów mógł się wydawać dorosły, ale i jemu wojna odebrała dzieciństwo. Poznajemy go w 1943 roku, gdy ma dziewiętnaście lat, stracił oboje rodziców i jest odpowiedzialny za młodszego brata. To przedstawiciel pokolenia, które musiało zbyt szybko dorosnąć i brutalnie wejść w życie. W moim odczuciu to jedna z najbardziej dramatycznych postaci, choć może budzić mieszane uczucia. Nigdy nie opowiadał o swoich przejściach i nigdy się z nimi nie pogodził.

Czy uważa Pani, że „Znajda” może pomóc w zrozumieniu naszych dziadków lub rodziców, a nawet nas samych? Trauma jest przecież dziedziczona…

Mam nadzieję, że tak jest. Między innymi o to mi w tej powieści chodziło, by pokazać, że wojenne dzieciństwo zostaje z człowiekiem już na zawsze i determinuje późniejsze decyzje, reakcje, sposób patrzenia na świat. Jedna z postaci ze „Znajdy” mówi po latach: „Choćbym dożył stu lat, do końca będę czuć się niepełny. Okaleczyli mi osobowość, bo nie dostała dość czasu, by się normalnie ukształtować.” Jedni radzą sobie z tym lepiej inni gorzej, ale każda przeżyta trauma to dodatkowy bagaż, który z pewnością nie uławia życia.

I wreszcie, czy wojna w Ukrainie, której jesteśmy świadkami, wpłynęła na fabułę?

Ostatni rozdział „Znajdy” kończy się w ostatnią niedzielę lutego 2022 roku. Napisałam go w styczniu, zanim wybuchła wojna. Na początku marca, już na etapie prac redakcyjnych, zrozumiałam, że postacie z książki nie mogą być ślepe na to, co dzieje się za wschodnią granicą. Nagle okazało się, że to wszystko, co w niej zawarłam, zwłaszcza w kontekście dzieci, staje się przerażająco bliskie. Dlatego wprowadziłam kilka zmian, pozwoliłam bohaterom przeżywać, reagować na wiadomości z Kijowa i podejmować działania, które w ich przypadku wydawały się najbardziej naturalne. Myślę, że „Znajda” stała się dzięki temu bardziej autentyczna i aktualna.

Zapewne Pani wykształcenie, wiedza o dziecięcej psychice była nieoceniona…

Skończyłam pedagogikę specjalną, program studiów zakładał też sporo zajęć z zakresu psychologii. Ciekawiło mnie to, szukałam dodatkowych informacji, angażowałam się w naukę (może nawet nieco po kujońsku), a potem… wylądowałam na wiele lat w sektorze bankowym. Podobno wszystko jest po coś. Wykształcenie pomaga mi budować dziecięce postacie, rozumieć je, przewidywać ich reakcje. Dzięki temu czytelnicy często podkreślają, że to dzieciaki z krwi i kości, plastyczne, prawdziwe.

Pisze Pani w posłowiu, że powieść powstała z garści luźnych pomysłów i kilku prawdziwych epizodów. Jakich pomysłów?

Początkowo z historii Matyldy planowałam zrobić oddzielną współczesną obyczajówkę. Jednocześnie chodziły mi po głowie losy rodzeństwa, skazanego przez wojnę na tułaczkę, oraz opowieść o moim osiedlu sprzed kilku dekad. To wszystko splotło się całość, gdy pewnego dnia trafiłam do jednego z łódzkich przejść podziemnych. Przy schodach przycupnęła staruszka. Na stoliku turystycznym rozłożyła dziergane kapcie oraz skarpety, w rękach trzymała robótkę. Nie miałam przy sobie gotówki, więc niczego od niej nie kupiłam. Za to wymyśliłam jej życiorys i włączyłam w fabułę „Znajdy”.

Prawdziwe epizody – bombardowanie Wielunia, masakra Skałki Polskiej, „Mały Oświęcim”. Te wydarzenia szczególnie Panią wstrząsnęły?

Tak, szczególnie, gdy się im przyglądałam z perspektywy konkretnych osób. Czym innym jest informacja, że w danej wsi zabito większość mieszkańców, a czym innym ich imienna lista, zdjęcia, szczegóły z ich życia, detale, które dla wielkiej historii nie mają znaczenia, ale dla nich stanowiły wszystko. Gdy ktoś po kilkudziesięciu latach zdobywa się na trud opowiedzenia koszmaru z najtrudniejszych chwil dzieciństwa, nie wyobrażam sobie, by odwrócić wzrok, nie patrzeć, nie słuchać, nie próbować zrozumieć. To oczywiście nie jest wygodne, komfortowe, przyjemne, przytłacza mnie wówczas wrażenie bezradności, że tamtych zdarzeń nic już nie zmieni, a mimo wszystko uważam, że to potrzebne zarówno tamtemu pokoleniu, jak i nam.

Właściwie o tych wydarzeniach niewiele wiemy. O Wieluniu być może uczymy się w szkole, ale Skałka Polska czy „Mały Oświęcim” umykają nie tylko naszej uwadze, ale i popularnej literaturze…

Pacyfikacja Skałki Polskiej była jedną z wielu na kielecczyźnie. Mieszkańcy okolicy dbają, by pamięć o tym zdarzeniu nie zniknęła. Natomiast obóz przy Przemysłowej zniknął z mapy miasta, zastąpiony przez osiedle mieszkaniowe. Zachował się jedynie budynek komendantury. Przez wiele lat po wojnie milczało się w przestrzeni publicznej o tym lagrze, jakby nie istniał. Ze wspomnień małych więźniów wynika, że to było dla nich szczególnie trudne, bo umniejszało ich przejścia, nie pozwalało im stanąć w jednym szeregu chociażby z więźniami Auschwitz. W latach siedemdziesiątych temat ożył na chwilę. W ostatnich latach pojawiło się kilka reportaży historycznych i zbiorów wspomnień, które zaglądają za nieistniejące już bramy tamtego piekła (w tym jedna pozycja dla młodzieży), a w 2021 roku powstało w Łodzi Muzeum Dzieci Polskich – ofiar totalitaryzmu. To daje nadzieję na upowszechnienie wiedzy o tym miejscu.

Najważniejsi w książce są ludzie, ale by ich przeżycia były wiarygodne, zadbała Pani o historyczne tło. Z jakich źródeł Pani korzystała?

Korzystałam z książek, artykułów, dokumentów udostępnianych przez muzea, z licznych zapisów wspomnień, dzienników, wywiadów i filmów dokumentalnych.

Czy research historyczny robi Pani sama, czy też korzysta z pomocy?

Głównie sama, ale chętnie korzystam z podpowiedzi oraz wsparcia osób, które dysponują odpowiednią wiedzą i mają ochotę podzielić się ze mną informacjami. Dzięki takim rozmowom „Znajda” zyskała kilka detali, których nie znalazłabym pewnie w żadnej dokumentacji.

Ucieszyła Panią zapewne reakcja Muzeum Ziemi Wieluńskiej i lokalnego radia?

Bardzo. Wieluń do dziś żywo przechowuje w pamięci obrazy z pierwszego dnia wojny i ogromnie mnie cieszy, że jego mieszkańcy tak serdecznie odnieśli się do mojego pomysłu. Większość powieści dzieje się gdzie indziej, ale jej początek i ukoronowanie ma miejsce właśnie w tym mieście. Dzięki temu w symboliczny sposób podkreśliłam, że jest to miejsce, którego nie da się złamać, zniszczyć i że Wieluń sam w sobie stanowi triumf życia oraz dobra nad złem.

Łódź. Łódzki Grembach rozgościł się na stronach powieści za sprawą Pani teścia, który przed laty opowiedział Pani o bombie na ulicy Kresowej…

Tak, to zdarzenie długo siedziało mi w głowie, domagając się uwagi. W chwili wybuchu wojny mój teść był dziewięcioletnim chłopcem i zdarzało mu się bawić z kolegami w rumowisku po bombie na Kresowej. Mógłby bez trudu zaprzyjaźnić się z moimi bohaterami, a jego wojenne losy nadawałyby się za kanwę poruszającej powieści. Niestety, kiedy to było jeszcze możliwe, nie wypytałam go wystarczająco dokładnie. Mój mąż także dysponuje tylko zarysem, pobieżnymi informacjami, zatem ta historia przepadła. Zastąpiłam ją inną i jestem pewna, że mój teść chętnie by ją przeczytał.

Ale niezwykle ciekawie jest też opisane życie w powojennej Łodzi…

Łódź zarówno w czasie wojny, jak i po niej, toczyła inną walkę niż Warszawa. Bombardowania nie zrównały jej z ziemią, ale z wojny wyszła poraniona, szczególnie w aspekcie społecznym. W „Znajdzie” starałam się oddać jego klimat i podsunąć kilka detali, o których nie każdy wie. Na przykład pierwszy polski powojenny komiks drukowano w łódzkim „Eksspresie Ilustrowanym”, zaś jego bohaterowie mieszkali przy ulicy Antoniewskiej, która sąsiaduje z opisaną w „Znajdzie” Kresową.

I tym sposobem zbliżyłyśmy się do równoległej historii z książki – tej współczesnej.
Korporacyjne życie zna Pani z autopsji?

Tak, towarzyszy mi od ponad 15 lat i bardzo je sobie chwalę. Różnie mówią o korporacjach, ale ja chyba po prostu mam fart. Trafiłam w dobre miejsce, między świetnych ludzi i doskonale się tam czuję.

 A skąd czerpała Pani inspirację do stworzenia postaci trzydziestolatków, jak Matylda, Dominik, Kruczek?

Z życia. Aby łapać takie inspiracje, wystarczy się czujnie oglądać i nie hamować wyobraźni. Michała Kruczka poznałam przy okazji powieści „Na tej samej ziemi”. Wystąpił tam epizodycznie jako pracownik przychodni weterynaryjnej i wymieniłam go wyłącznie z imienia. Gdy tworzyłam zarys „Znajdy” wyświetlił mi się w pamięci, jakby się zgłosił na casting. Wygrał rolę i rozwinął się do pełnowymiarowego bohatera.

Relacje damsko-męskie, relacje z rodzicami… Czytelnicy mają szansę odnaleźć w nich siebie?

Na pewno. Każdy z nas zna kogoś kto zdradził lub został zdradzony, kto baruje się z despotycznymi rodzicami, samotnym rodzicielstwem lub cierpieniem z powodu braku potomstwa, z chorobą kogoś bliskiego, trudnością w porozumieniu się z dziećmi po rozwodzie lub po prostu z poczuciem samotności, choć dookoła jest pełno ludzi. A wszystkie te problemy potęguje fakt, że coraz rzadziej rozmawiamy i coraz trudniej nam zrozumieć nawet najbliższych.

W książce jest jeszcze jeden wątek, który może poruszyć czytelników. Zwierzęta…

Zwierzęta pojawiają się i towarzyszom ludziom w obu przestrzeniach czasowych. Pierwsze skrzypce grają kot Pasza oraz koza Ziuta, ale dla bezimiennych schroniskowych bezdomniaków także znalazło się tu miejsce. W „Znajdzie” starałam się pokazać, jak wiele możemy zyskać, robiąc coś dla innych i że pomagać może każdy, niezależnie od wieku, stanu zdrowia i zasobności portfela.

A jaki był udział Leona w pisaniu powieści?

Dbał o to, bym za długo nie siedziała przed ekranem. Rzucał na klawiaturę piłeczki, psie pluszaki oraz patyki z podwórka, gramolił mi się na kolana lub chrapał przy boku w najbardziej emocjonujących momentach i podsunął mi wątek z tonącym psem (chociaż na szczęście sam nigdy tego nie przeżył). Zatem był nieodzowny i bez niego pisałoby mi się znacznie gorzej. Mam nadzieję, że wspólnie stworzymy jeszcze niejedną powieść.

Kiedy czytałam książkę, nawiedziła mnie jeszcze jedna refleksja. Optymistyczna. Że jedno, z pozoru nic nie znaczącej wydarzenie, może zmienić nasze życie. Jak w przypadku Matyldy i Zofii?

Myślę, że tak jest. Los często się do nas uśmiecha i odkrywa ścieżki, których dotąd nie widzieliśmy. Naszą rolą jest tego nie przegapić, a potem odważnie na nie wejść.

Pracuje Pani nad kolejną książką?

W lipcu postawiłam ostatnią kropkę. Trzy świeżo upieczone emerytki planują wspólną podróż życia i zamierzają nieźle zaszaleć. Na tle ich zabawnych perypetii rozgrywają się losy młodszego pokolenia, które dopiero mości się w dorosłym życiu. To powieść drogi, lekka, zabawna, idealna na wakacje, choć nie brakuje w niej trudnych problemów i ważnych społecznie tematów. Jest inna niż wszystkie dotychczasowe, bo większość bohaterów znam osobiście. Namieszałam w PESELach, postarzyłam siebie, moje dwie przyjaciółki oraz nasze rodziny o kilkanaście lat i uczyniłam bohaterami powieści. Trochę się boję, co powie mój syn, kiedy się o tym dowie. Na wszelki wypadek zmieniłam imiona wszystkim, poza nami trzema. Kamilla i Ola są już po lekturze i bawiły się przednio, czytając o sobie.

 Z Katarzyną Kielecką rozmawiała Magda Kaczyńska

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl
We use cookies
Szanowny Użytkowniku, informujemy, że serwis korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Pliki cookies są niezbędne do możliwości korzystania ze serwisu.