Tytuł:

Zośka. Dopóki biło serce

Autor: Anna Stryjewska
Kliknij aby kupić:    
ISBN: 978-83-66573-11-6
Format: 145x205, oprawa miękka, 272 strony
Cena: 32,90 zł
Data Premiery: 2020-08-19
W życiu przychodzi taki czas, że trzeba coś zrobić wbrew całemu światu. Odrzucić lęki i obawy, pogodzić się z poniesionymi porażkami i podążyć za głosem serca, aby realizować swoją pasję. Po prostu – zmienić teraźniejsze życie.

Zośka długo dojrzewa do tej decyzji. Doświadczy dużo złego, zwłaszcza ze strony najbliższych. Przypadkowe spotkania z niezwykłymi osobami oraz doping ciotki i nauczycielki pomagają jej zrozumieć, że nie pasuje do tego świata, w którym teraz żyje. Aby przekonać się o swojej wartości, musi więc wyrwać się ze skostniałego środowiska. Nie jest to łatwe, gdy ma się tylko 18 lat i marzenia o projektowaniu mody.

Oparta na faktach powieść pokazuje życie niewielkiej społeczności wiejskiej lat 60. w Polsce, problemy życia codziennego bohaterów, a przede wszystkim dążenia młodej dziewczyny, by być kochaną i rozwijać swój talent wbrew piętrzącym się przeszkodom.

Premiera drugiego tomu "Zośka. Przepustka do szczęścia" już 3 lutego 2021 r.

W ŚWIĄTECZNYM NASTROJU
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, czas spotkań z najbliższymi i samym sobą. Z tej okazji Pani Anna Stryjewska, autorka "Zośka. Dopóki biło serce" ofiarowała nam i wszystkim czytelnikom w prezencie świąteczne opowiadanie. Czy Barbara spędzi samotnie świąteczny czas?


Wizyta                                                  
Barbara zatrzymała się przy oknie, skąd roztaczał się widok na niewielkie, wybetonowane podwórko. Było puste – jej kochane gołębie odleciały. Zwykle o tej porze schodziła na dół z drugiego piętra by wysypać im okruszki chleba, które skrzętnie odkładała z dnia na dzień. Czuła się szczęśliwa kiedy ptaki podfruwały pod jej nogi, dreptały wkoło, gruchały, muskały ją aksamitnymi piórami i wydziobywały chleb z ręki.
         Tego popołudnia zostawiła podrobione pieczywo na środku udeptanego śniegu i pośpiesznie wróciła do domu. W każdej chwili mogła przyjechać jej córka – Halina. Nie widziały się od kilku miesięcy. Od kiedy ukończyła studia prawnicze, a następnie otrzymała atrakcyjną ofertę pracy w Warszawie – w domu bywała rzadkim gościem. Zresztą… jej dom był teraz tam… w stolicy… Tłumaczyła się zwykle natłokiem spraw, o co matka nie miała pretensji, aczkolwiek coraz częściej dokuczała jej samotność. Tęskniła.
         Jej mieszkanie zajmowało czterdzieści siedem metrów kwadratowych powierzchni lewego skrzydła kamienicy przy ulicy Juliana Tuwima w Łodzi. Czterdzieści siedem metrów podłogi, na której spędziła trzydzieści osiem lat swojego małżeństwa, wychowała jedyną córkę, nauczyła się inaczej postrzegać świat. Ta podłoga była niczym studnia – nieustannie wydobywało się z niej echo minionych lat. Jeszcze teraz cichą nocą słyszała tupot dziecięcych nóżek, szelest gazety czytanej przez męża przy porannej kawie, stukot obcasów dorastającej panny, trzask zapałki odpalającej papierosa i… dźwięki fortepianu. Wiele razy zastanawiała się skąd one dochodzą. Przecież nikt z jej rodziny nie grał na takim instrumencie, nie był szczególnie umuzykalniony. W kamienicy też nikt nie posiadał nawet pianina. Skąd więc te dźwięki?
Tymczasem wszystko było już prawie gotowe: świątecznie udekorowany stół, wigilijne potrawy, opłatek, świece… Spojrzała z niepokojem na zegar.
- Już powinna być. – pomyślała.
        W tej samej chwili zadźwięczał telefon.
- Mamo wybacz ale nie będę mogła przyjechać w te święta! – usłyszała w słuchawce dobrze znajomy, kochany głos. – Ważna sprawa zatrzymała mnie tutaj… Postaram się dotrzeć do nowego roku, obiecuję!
        Barbara zamarła, głos ugrzązł jej w gardle.
- Mamo słyszysz mnie? Wybacz, okropnie mi głupio… Wybaczysz mi?
         Nie odpowiedziała, odłożyła na bok słuchawkę. Rozpanoszyła się cisza, a smutek i przygnębienie pogłębiało tylko wymowne tykanie zegara na ścianie. Poczuła się jeszcze bardziej samotna niż przed paroma minutami. Wstała, wykonała kilka ciężkich kroków i usiadła przy oknie, skąd obserwowała zasypane śniegiem podwórko. Bezmyślnie wpatrywała się w gęstniejący mrok. Ludzie śpieszyli się do swoich domów, w oknach po przeciwległej stronie paliły się kolorowe lampki na choinkach, trwały ostatnie przygotowania do wigilijnej kolacji. Z odrętwienia wyrwało ją pukanie do drzwi. Ożywiła się. Któż to mógł być o tej porze? A może Halinka zrobiła jej psikusa, może stoi w korytarzu z siatką prezentów? No to jej się udało! A może jednak nie? – dopadła ją wątpliwość. – Może to sąsiadka z dołu? Do niej także miała przyjechać rodzina z daleka, może nie dotarła? Bez względu na wszystko zerwała się i pobiegła w stronę wejścia. Otworzyła szeroko drzwi.
- Dobry wieczór! Nazywam się Regina Majer. Przepraszam za najście o tej porze, ale czy mogłabym na chwilę wejść?
         Na Barbarę spoglądały pytająco zielone oczy nieznajomej, młodej kobiety. – dziwnie ubranej – elegancko, aczkolwiek staromodnie.
- Ależ proszę! – odpowiedziała z odrobiną wahania w głosie. – Stół stoi zastawiony i czeka… Jestem zupełnie sama w ten wieczór… Córka nie dojechała, zatrzymały ją jakieś ważne sprawy, a mąż zmarł wiele lat temu…
- Ja tylko na chwilę… nie będę pani przeszkadzać…
        Nieznajoma wsunęła się do mieszkania bezszelestnym, płynnym krokiem. Zatrzymywała się co jakiś czas przy poszczególnych meblach i z zainteresowaniem rozglądała dookoła.
- Bardzo dziękuję, że mnie pani wpuściła… Dziś ludzie są nieufni.
- Proszę siadać pani Regino! – zaproponowała gospodyni. – Cieszę się, że ktoś mnie odwiedził… jedzenia wystarczy, proszę spojrzeć! Przygotowywałam to wszystko przez ostatnie kilka dni… - dodała z nieukrywanym żalem.
       Kobieta jednak nie usiadła, wciąż przyglądała się pomieszczeniu z wyrazem twarzy wyrażającym zdumienie.
 - Pozmieniało się tutaj! – powiedziała – Kiedyś to był także mój dom!
- Naprawdę? Zdumiewające! Mieszkam tu prawie czterdzieści lat i nigdy nic nie słyszałam o poprzednich właścicielach. Jedynie to, że mieszkała tu jakaś staruszka, która nie miała rodziny… mówią nawet, że zmarła w tym mieszkaniu. Świeć Panie nad jej duszą! – mówiąc to wykonała na piersi znak krzyża.
- To była moja mama… - odparła nieznajoma stłumionym, bezdźwięcznym głosem. – Pamiętam, że zaprosiła mnie na kolację wigilijną… ale ja jak zwykle nie znalazłam dla niej czasu… Zajęta byłam wtedy robieniem kariery. – Roześmiała się jakoś pusto. W jej oczach pojawił się enigmatyczny błysk. – Następnej wigilii już nie było… - zamilkła po tych słowach.
- Tu stał jej fortepian. – Nieznajoma wskazała miejsce pod ścianą. – Moja mama cudnie na nim grała, była taka zdolna… mnie też nauczyła grać. Chciałaby pani posłuchać?
        Barbara skinęła głową, usiadła w fotelu zatapiając w nim stare, schorowane ciało. Jednocześnie patrzyła zdumiona jak kobieta siada na niewidzialnym krześle, następnie układa palce na nieistniejącej klawiaturze instrumentu. Za chwilę cudowne takty walca wypłynęły spod jej rąk. Zamknęła oczy. Muzyka wypełniła ją od wewnątrz cudowną mocą i uniosła w górę. Niczym wolny ptak wyfrunęła przez okno, po czym poszybowała ponad dachy budynków, kominy fabryk, strzeliste wieże kościołów. Miała pod sobą pulsujące życiem miasto, ale nie zatrzymywała się, tylko płynęła dalej bez lęku w nieznane. Jakaś siła pchała ją w nieznanym kierunku. Czuła się szczęśliwa i spokojna, ponieważ wiedziała, że tam dokąd zmierza – jest dobrze. W oparach mgły dostrzegła sylwetki znajomych osób machających w jej stronę, a wśród nich – kochanego męża. Dawał jej jakieś znaki, nie rozumiała w tej chwili tych gestów. Chciała znaleźć się pomiędzy nimi i jak najszybciej znaleźć się w objęciach ukochanego człowieka. Ale nie mogła, bo jakaś siła pchała ją dalej, muzyka wciąż brzmiała w uszach, a ona płynęła i płynęła zostawiając za sobą wszystko co było jej takie drogie. Nagle zrobiło się cicho.
         Wczesnym rankiem obudził ją dotyk. Otworzyła oczy napotykając czuły wzrok córki.
- Halinka? Co tu robisz? Przecież…
- Przyjechałam z Warszawy pierwszym pociągiem! Mamo, tak mi głupio… Wybacz mi, że przez chwilę inne sprawy wydały mi się ważniejsze. Wybaczysz?
        W odpowiedzi objęła ją mocno i przytuliła do siebie. Znów ją miała przy sobie jak niegdyś, kiedy była jeszcze dzieckiem, a potem dorastającą panną i potrzebowała matczynej troski i opieki. Łzy wzruszenia spłynęły po jej policzkach.
        Po uroczystym, bożonarodzeniowym śniadaniu udały się do kościoła, następnie na cmentarz. Szły jak zwykle tą samą aleją, gdy Barbara zapytała:
- Co się właściwie wydarzyło, że zmieniłaś zdanie i postanowiłaś przyjechać?
        Córka milczała jakiś czas myśląc o czymś intensywnie. Wreszcie zaczęła mówić:
- Cóż… Wpadła mi do rąk gazeta sprzed wielu lat. Nawet nie wiem skąd się wzięła w moim biurze… Na pierwszej stronie była fotografia pewnej staruszki, która wówczas mieszkała w Łodzi przy ulicy Juliana Tuwima. Wszystko wskazywało na to, że nasze mieszkanie było kiedyś jej domem. Cóż za zbieg okoliczności! Jakiś dziennikarz przeprowadził z nią wywiad. Okazało się, że zaprosiła córkę na kolacje wigilijną, lecz ta nie przyjechała ponieważ wypadło jej coś ważniejszego. Była dobrze zapowiadającą się aktorką. Następnej wigilii już nie było, gdyż córka niedługo później zginęła w wypadku samochodowym.  To był straszny wypadek – wszystkie gazety o tym pisały. W jednej chwili zrozumiałam, że ta smutna historia mogłaby stać się naszą historią. A to byłoby okropne, prawda?
        Barbara słuchała jak zahipnotyzowana. W pewnej chwili jakaś siła kazała jej się zatrzymać przy opuszczonym grobie. Z omszałej płyty nagrobkowej uśmiechała się do niej znajoma twarz kobiety z zielonymi oczami. Z trudem odczytała wyryty kilkadziesiąt lat temu, ledwie widoczny napis:


 REGINA MAJER
13 LIPCA 1924 R
ZMARŁA TRAGICZNIE 23 LUTEGO 1953 ROKU
„ NIECH ODPOCZYWA W SPOKOJU”


       Córka stanęła obok przyglądając się ceramicznej, spękanej fotografii.
- Mamo znałaś tę kobietę?- zapytała. – Mam wrażenie jakbym ją już gdzieś widziała… Tak, już wiem! W tej gazecie było również jej zdjęcie. To była córka tej staruszki. Niesamowite!
       Barbara uśmiechnęła się tajemniczo, wykonała ręką na piersi znak krzyża, następnie pochyliła się nad grobem i zapaliła znicz.


 Anna Stryjewska
Pamiętaj, że książka to najlepszy prezent. #książkanaprezent


 

Recenzje:

Obcasy.pl>


Granice.pl>
Granice.pl>
Granice.pl>
Granice.pl>
Dla Lejdis>
Kulturowo24>
Uroda i Zdrowie>
Zaczytana Ewelka>
Zaczytana Ewelka>
Zaczytana Ewelka>
Zaczytana Ewelka>
Zaczytana  Ewelka>
Zaczytana Ewelka>
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka>
Książki w eterze>
Recenzje Agi>
Recenzje Agi>
Czytam dla przyjemności>
Czytam dla przyjemności>
Rozpierducha>
Czytam, kiedy Ty śpisz>
Magdalena>
Diabieł>
Diabeł>
Rose>
Kocie czytanie>
Kocie czytanie>
Kocie czytanie>
Ostatnia strona>
Ostatnia strona>
Ostatnia strona>

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl