Tytuł:

Na Podlasiu. Antonia

Autor: Agnieszka Panasiuk
Kliknij aby kupić:    
ISBN: 978-83-66573-13-0
Format: 145x205, oprawa miękka, 352 strony
Cena: 39,90 zł zł
Data Premiery: 2020-09-07
Jest rok 1869. Antonia Gillard traci posadę nauczycielki na pensji dla dziewcząt. Opuszcza Warszawę i zostaje guwernantką w domu rosyjskiego urzędnika w Białej na Podlasiu. Tu zawiązuje przyjaźnie, poznaje lokalne tradycje i śledzi poczynania Oswobodziciela – tajemniczego jeźdźca, który pomaga mieszkańcom regionu mierzyć się z carskimi represjami. W wyniku intrygi guwernantka musi pożegnać się z nauczaniem i podjąć się zupełnie nowego zajęcia.

Antonia, jako dama do towarzystwa hrabiny Stefanii, wyjeżdża do Franopola. Bierze udział w życiu towarzyskim, podróżach i wizytacjach majątków, ale równocześnie angażuje się w pomoc ubogim i chorym. Los sprzyja kobiecie, która zakochuje się z wzajemnością. Jednak dla zakochanych nadchodzi czas próby. Czy zdołają zmylić tropy i odwrócić od siebie uwagę carskiej policji? Jak potoczą się dalsze losy Antonii?

Antonia, Cecylia i Aleksandra – trzy kobiety. Trzy odmienne losy. Trzy tomy cyklu powieści Agnieszki Panasiuk rozgrywającego się na Południowym Podlasiu w drugiej połowie XIX stulecia.

Patronaty
Patronat nad książką "Na Podlasiu. Antonia" objęli: Radio Białystok, Dziennik Wschodni, Monitor Kulturalny i Granice.pl oraz Zaczytana Ewelka.

#książkanaprezent #prezentnaświęta

W ŚWIĄTECZNYM NASTROJU
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Z tej okazji Pani Agnieszka Panasiuk ofiarowała nam i wszystkim czytelnikom w prezencie świąteczne opowiadanie. 


Bialska kolęda


„Nad Białą zapadła ciemna kotara wczesnego grudniowego wieczoru. Delikatny,
ale przejmujący wiatr niósł ze sobą mroźną nutę i trącał figlarnie brylantowe ozdoby na gałązkach drzew. Lodowe skrzące iskierki opadały cichutko na puchate śniegowe pierzynki.
- Znowu zaczyna padać śnieg – ośmioletni Julek spojrzał w bezgwiezdne niebo.
             Chłopiec szedł Brzeską od strony dawnego bazyliańskiego kościoła przerobionego obecnie na cerkiew. Jakże inne było miasteczko o zmroku. Miejski stróż spieszył się dziś  i nie wszystkie gazowe lampy paliły się jak należy. Pewnie wiedział, że nikt nie wybierze się dziś na spacer. Julek poślizgał się chwilę na lodzie, jaki zakrzepł przy studni na jednym  z podwórek, ale szczekanie psa i ciekawska głowa gospodyni w wymalowanym mrozem oknie wypłoszyły chłopca. Przez chwilę było mu cieplej. Uciekł przecież tylko w lnianej koszulinie i starym paltku.
             Kolorowy i gwarny Rynek teraz też ucichł. Znikły dorożki, a oblegane przez kupujących drewniane kramy stały głucho zamknięte. Nawet działającą od 1863r. restaurację „Sapira” zamknięto na cztery spusty. I nikt się przeciw temu nie buntował! Położona przy Grabanowskiej żydowska dzielnica oblekła się szczególnym spokojem, jakby na poszanowanie swoich sąsiadów. Od strony carskich koszar też nie dochodził zwyczajowy rytm musztry i krzyki komend.
- To naprawdę cicha noc – westchnął chłopiec.
            W kamieniczkach wzniesionych z zamkowej cegły tętniło jednak życie. Okna zdobione klasycznymi wykuszami jaśniały od świateł, a kominy buchały pachnącym buczyną dymem. Dwóch kozaków patrolujących puste ulice paliło papierosy na rogu Międzyrzeckiej przeklinając służbę w taki mróz. Chłopiec zadrżał z zimna. Myślał,  że przenocuje pod arkadami strzegącymi wejścia do magistratu, ale teraz ta kryjówka wydała mu się niewystarczająco ciepła.
- Do kościoła już nie pójdę – postanowił butnie na wspomnienie organisty, który rankiem kazał mu „zmykać”, bo musi wszystko elegancko na Pasterkę przygotować.  – Została mi tylko Reformacka, może tam u kogoś w komórce uda się zatrzymać.
            Jak postanowił, tak zrobił. Pomogła mu duża dziura w płocie przy niewielkiej kamieniczce. Na podwórku stała stajenka. Mieszkający w niej kasztanek spojrzał  ze zdziwieniem na przybyłą postać. Jeszcze bardziej zdziwił się Franciszek sekretarz gminny.  Co roku przed rozpoczęciem wigilijnej wieczerzy wychodził po garść sianka pod obrus.  Od piętnastu lat pukał do drzwi, a jego Amelka zdziwiona wołała „Proszę”. Później we dwoje zasiadali do uroczystej kolacji. Zawsze we dwoje, zawsze tak samo …
- Ja już idę. Ja nic nie chciałem – jąkał się chłopiec. – Tylko carskich nie wołajcie – próbował wyswobodzić się z silnego objęcia.
- Dajże spokój dzieciaku. Dokąd pójdziesz w taką noc. Zupełnie przemarzłeś. Amelka  coś na to poradzi – sekretarz pchnął przestraszonego i zdziwionego Julka w stronę domu.
            Na niebie zajaśniała pierwsza tej nocy gwiazda.
- Jesteś w końcu, barszczyk stygnie – wyjrzała z kuchni kobieta, która od dobrych kilku minut czekała na coroczny rytuał. Wyjrzała … i oniemiała. Biała, wykrochmalona ścierka wypadła jej z rąk. – Dziecko drogie! Jak ty wyglądasz, co się stało?
            Julek między rozgrzewaniem, myciem i czesaniem zdołał wyjaśnić, że uciekł  z ochronki na porannej rekreacji, bo prawosławne siostry zakazały obchodzenia Bożego Narodzenia po katolicku. Amelka cichutko chlipnęła, a Franciszek podkręcając wąsa mruknął  z zadowoleniem:
- Na coś się w końcu przyda miejsce dla niespodziewanego gościa.
           Przełamali się bialutkim, jak śnieg za oknem, opłatkiem i zasiedli do wigilijnej wieczerzy. Tak jak zawsze. Nie! Amelka podsuwała, co smaczniejsze kąski Julkowi, a zabiedzona sierotka nie wiedziała, czego popróbować najpierw. Czy pierogów, czy kapusty z grzybami, a może kutii. Onieśmielony chłopiec zerkał, co chwila na uwieszoną nad stołem podłaźniczkę kolorową od ozdób z bibuły, słomki i opłatka. Ślinka ciekła na myśl o makowcu,  który lukrowany leżał dumnie pośrodku stołu.
           Franciszek niepokoił się tylko jedną rzeczą. Nic dla chłopaczka nie miał. Z żoną zawsze wymieniali drobne upominki. Biała kamea spoczywała bezpiecznie w kieszonce kamizelki. Co tu robić? Amelka wyszła jeszcze po barszczyk, ale wróciła z …
- Julku to dla ciebie – położyła na kolanach chłopca szarą, pakową torbę, a Franciszek kolejny raz podziękował w myślach za taką żonę. Papier krył w sobie wydziergany z zielonej wełny sweter, czapkę, szalik i rękawiczki.
- Naprawdę? Prawdziwy prezent dla mnie?– szepnął Julek i jakoś dziwnie zwilgotniały mu oczy. Amelka i Franciszek pokiwali głowami.
- Jedna z klientek odmówiła w ostatniej chwili – wyjaśniła cicho mężowi ten nieoczekiwany prezent.
            O północy ubrany już ciepło Julek stał na placu przed farą. Amelka trzymała go mocno za rękę, a Franciszek od czasu do czasu bezwiednie gładził po głowie. Chłopcu było  tak dobrze, jak kiedyś, gdy stał tak z rodzicami. Ludzie śpiewali starą, piękną pieśń  o tym, że „ogień krzepnie, a blask ciemnieje”. To już nie była cicha noc! Serce Julka waliło tak głośno, jak dzwon na wieży. Spojrzał w górę na dwie uśmiechnięte twarze.  W jego sercu, tak jak w ubogiej stajence przed laty, rodziła się tej nocy Nadzieja.”
            Dorota skończyła czytać książeczkę małym pacjentom. Na oddziale dziecięcym bialskiego szpitala było ich niewielu, ale personel jak mógł starał się umilić im świąteczny czas. Rodzicom ciężko było dotrzeć z odległych wiosek, szczególnie, gdy teraz busy jeździły rzadko.
- Jak tam? – spytała od progu siostra Grażynka wpadając na nocną zmianę.
- Raczej spokojnie. Zuzia troszkę pochlipuje. Mama nie dała rady wpaść. Skończyliśmy kleić łańcuch, choinka w świetlicy też już ubrana. Wieczorne leki rozłożone – zdała relację Dorota.
- Chętnie z nimi posiedzę. W telewizji będzie „Kevin”. Przyda mi się odpoczynek  od tej harówki przy garach i rozgardiaszu przy kolacji. Pa Dorotko. Udanych świąt!
         Młoda pielęgniarka z chęcią zostałaby na dyżurze. Co z tego, że są święta?
Nie ma ich, z kim spędzać. A może to i lepiej? Ciotka przy każdej okazji znalazła powody  by jej dopiec. Smętne rozmyślania przerwał mroźny podmuch, jaki uderzył ją po wyjściu  na podjazd dla karetek. Chodnik przed nowoczesnym kompleksem szpitalnym był idealnie odśnieżony, ale dalsza część osiedla Terebelska pozostawiała wiele do życzenia. Padający  bez przerwy gęsty śnieg zniweczył poranną pracę miejskich służb. Jakże wesoło  w tak sielskiej scenerii prezentowały się ustawione na rondach choinki, kolorowe światełka zawieszone na pawilonie handlowym i ozdoby na dachach bloków. Okna biły jasnym blaskiem.
- W najlepsze trwa obłudny taniec. Zastaw się, a postaw się. Pokaż, na co cię stać, pędź  za modą i aktualnymi trendami. Najedz się sushi, siądź przed telewizorem i lepiej  nie rozmawiaj. I tak wystarczająco długo, bo pół godziny to długo, byłeś miły  dla tych, którymi w duchu pogardzasz – zrzędziła pod nosem Dorota zmierzając przez zaspy do domu. Zgorzkniała, bo odkąd pamięta musiała spędzać święta za taką fasadą.  Gdyby nie wypadek, gdyby rodzice wtedy, gdyby …
          Przekręcając klucz w drzwiach mieszkania czuła jednak ulgę. Po raz pierwszy spędzi ten czas tak, jak chce, prawdziwie. W lodówce czekały na nią przygotowane wcześniej potrawy. Świerk ustrojony ozdobami z jarmarku, jaki dobywał się na Placu Wolności pachniał prawdziwym lasem. Nuconą bezwiednie pod nosem melodię przerwał dzwonek  do drzwi. Pierwsza gwiazdka właśnie wyjrzała zza chmur.
- Czyżby już kolędnicy? – zdziwiona dziewczyna otworzyła. Na progu stał miskowaty blondyn w eleganckiej marynarce.
- Hej. Przyłączysz się do nas? Trochę smutno siedzieć tu samej, a na górze pomożesz rozstrzygnąć spór, którą kolędę śpiewamy na początku – widząc zdziwioną minę Doroty skłonił się przepraszająco. – Sorry, plotę bez sensu. Maciek z fizjoterapii, pamiętasz?
          Dopiero po chwili pielęgniarka ocknęła się. Wcześniej myślała, że ma do czynienia  z jakimś podpitym wariatem. Jakże inaczej szef rehabilitacji wyglądał „po cywilnemu”. Osobiście zajmował się Zuzią, którą przywoziła z oddziału na ćwiczenia. No i zawsze wtedy gawędzili, aby małej czas się nie dłużył. Wspominał, że gdzieś tu mieszka, ale …
- Nie, ja chyba nie mogę. Dzięki, ale …nie chcę przeszkadzać …
- Nie daj się prosić. Jeszcze trochę, a zejdzie tu moja mama.
- Ale ja nic nie mam, prezenty, dania …
- Sama jesteś prezentem. O tu! Jaka piękna, czerwona kokarda. Jak na prezencie. Chodź!
Dorota dotknęła kucyka. No tak, Zuzia na oddziale bawiła się we fryzjerkę. Nie miała wyjścia. Chwyciła z lodówki sernik i z pąsowymi policzkami pobiegła za Maćkiem na górę.
         Przed północą puste uliczki osiedla zapełniły spacerujące grupy ludzi. Wszyscy zmierzali w kierunku kościoła, gdzie rozpoczynała się uroczysta pasterka. Dorota nie myślała, ze uda się na nią z takim żalem. Dzięki niespodziewanemu zaproszeniu przeżyła Wigilię, jaką zapamiętała z wczesnych lat dzieciństwa, pełną życzliwych uśmiechów, wyciszonych rozmów i gromko śpiewanych kolęd.
- Chyba nie uda się wejść do środka – szepnął jej do ucha Maciek przerywając błogie rozmyślania.
       Stanęli na placu pod gołym niebem, ale mimo kilkunastostopniowego mrozu Dorocie było ciepło, jak latem. Silne ramię objęło ją z dziwną delikatnością. Serce zabiło jej w rytm dzwonków. Rodziła się w nim Nadzieja, tak jak ponad dwa tysiące lat wcześniej w Betlejem.


Agnieszka Panasiuk 

Recenzje:

Radio Białystok>
Słowo Podlasia>
Magia Podlasia>
Na kanapie>
Podlaski.info>
Bialskie forum>
Zaczytany Książkocholik>
Lubimy Czytać>
Granice>
Granice>
Granice>
Newseria>
Sie czyta>
Nie czytasz. Nie idę z Tobą do łóżka>
Zaczytany książkocholik>
Zaczytany książkocholik>
Matka książkocholiczka>
Matka książkocholiczka>
Zaczytana Ewelka>
Zaczytana Ewelka>
Bibliotecznie>
Bibliotecznie>
Bibliotecznie>
Cherry Belle>
Cherry Belle>
Cherry Belle>
Cherry Belle>
bp24.pl>
podlasie24.pl
Radio Biper>
Granice>
Granice>
Tygodnik Podlaski>
Książka na prezent>
Książka na prezent>
Książka na prezent>
Książka na prezent>
Monitor Kulturalny>

Wydawnictwo Szara Godzina 2017 | Designed By mappo.pl